wtorek, 17 stycznia 2017

Czy mogę się dosiąść?

Bardzo lubię jeździć autobusem. Gdy jadę na rehabilitację czy inne zajęcia popołudniowe Marianki wsiadam w autobus zakładam słuchawki na uszy i .... mam czas tylko dla siebie. Czasem trzeba coś przemyśleć a czasem trzeba po prostu nie myśleć i wtedy wystarczy sam na sam z muzyką. I właśnie wtedy słyszę: "Czy mogę się dosiąść?" Kiedyś mnie to wręcz irytowało, bo pół autobusu wolne a tu ktoś koniecznie chce siedzieć obok mnie. I co "gorsze" rozmawiać :-) Aż pewnego dnia usiadła obok mnie starsza Pani i ... zaczęła opowiadać swoją historię. Nie wiem czy Was zainteresuje, bo to historia o wierze i o nadziei. I oczywiście o miłości:
Starsza Pani - emerytowana nauczycielka, wdowa i mama jedynaka który za pracą i żoną przeniósł się wiele kilometrów od domu. Niejeżdżąca już samochodem,bo jak sama stwierdziła kierowcy w jej wieku są już tylko zagrożeniem na drodze, a ona zawsze dbałą o to aby nie skrzywdzić drugiego człowieka, z drugiej strony autobusy jeżdżą wszędzie a ona z racji wieku przejazdy ma już darmowe więc grzechem by było nie skorzystać :-) Za swój cel postawiła sobie uporządkować wszystkie swoje sprawy póki żyje. A sprawa która najbardziej ze wszystkich jej ciążyła to to, że każda z bliskich jej osób: rodzice, teściowe i jej mąż pochowani są na innych cmentarzach. Bała się, że gdy jej zabraknie a syn będzie jechał z daleka nie zdąży odwiedzić wszystkie groby. Więc wymyśliła, że przeniesie wszystkich do grobu jej rodziców na cmentarz  górujący nad pięknym jeziorem. Gdy się spotkałyśmy akurat wracała od księdza z którym dogadała wszystkie ostatnie szczegóły. I gdy myślałam, że to koniec tej historii zaczęła opowiadać, że kiedyś nie była specjalnie wierząca. Od wielkiego święta szła do kościoła i właściwie tyle. Ale zachorował jej mąż. Długo się nim opiekowała nie pozwalając oddać go do hospicjum. Choroba bardzo wykańczała jej męża. A ona nie zważając na to zawsze mówiła do męża: "Uśmiechnij się do mnie tak jak w dniu w którym się w Tobie zakochałam". I on się uśmiechał. Choroba jednak robiła swoje i uśmiech coraz bardziej gasł. Pod koniec życia już nie widziała ani jednego uśmiechu. Gdy mąż zmarł i został pochowany starsza Pani usiadła w kuchni. Sama. Schowała twarz w dłonie i zastanawiała się co teraz dzieje się z jej mężem. Czy już nie cierpi. Czy jest mu dobrze. I wtedy w korytarzu zrobiło się jasno a ona w drzwiach od kuchni zobaczyła swojego męża. Stał wyprostowany bez śladu choroby na twarzy, z pogodnym obliczem. I się uśmiechał. Tak jak kiedyś. Gdy wyciągnęła do niego rękę powiedział: " Teraz nie jest Twój czas, ale nie martw się o mnie, będę na Ciebie czekał. Bądź szczęśliwa" I po tych słowach odwrócił się. A ona zobaczyła trawę  tak zieloną jakiej nigdy nie widziała i niebo tak niebieskie, że nie sposób tak niebieskiego zobaczyć. I męża kierującego się do grupki ludzi którzy otoczyli go ramiona. Nie wie skąd ale od razu wiedziała że to jej rodzicie i teściowie. Gdy zamknęła oczy i ponownie spojrzała na drzwi znów panowała tam ciemność. Ale ten uśmiech męża i jego słowa dały jej mnóstwo siły. I wiary w to, że jest coś więcej. I nadziei, że już ktoś tam na nią czeka. Więc się nie boi. Zwiedza, spotyka się, działa. I tak jak przykazał mąż - jest szczęśliwa.
Po tych słowach Pani pięknie się pożegnała i wysiadła a ja do końca drogi zastanawiałam się czy jej się to czasem nie przyśniło, i czy mi się to czasem nie przyśniło. Ale zawsze ta historia jest dla mnie ważna gdy żegnamy kogoś bliskiego. Wtedy usłyszałam ją krótko po tym jak w naszej rodzinie pojawił się aniołek Hugo. Jutro będzie pogrzeb najstarszego brata mojej mamy która w ciągu roku będzie chować już drugą osobę ze swojego rodzeństwa. Ale zawsze warto wierzyć....
A ja od tego czasu gdy słyszę: "Czy mogę się dosiąść" uśmiecham się i czekam na kolejną historię pełną nadziei.

Zimowo pozdrawiam
M.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz